frekwencyjny fetysz

Frekwencyjny fetysz

Musisz głosować! To Twój obywatelski obowiązek! Weź sprawy w swoje ręce! Idź bo Cię przegłosują! Musisz! Musisz! Musisz… ale czy aby na pewno? Na spokojnie, przy takich sprawach należy wziąć głęboki wdech i odetchnąć. Żyjemy w infosferze strachu, nakazów oraz częstokroć poczucia winy za czyny, które nijak się mają do naszej odpowiedzialności i sprawczości. Potrzebujemy tego wszystkiego? Czy jesteśmy skazani na ciągłe bycie pod presją i zmuszanie każdego do rzeczy, których koniec końców dalej nie będzie rozumiał? Śmiem wątpić.

Przy okazji każdych wyborów im bliżej samej elekcji, tym bardziej nabrzmiałe są hasła o potrzebie wielkiej mobilizacji w obliczu NAJWAŻNIEJSZYCH wyborów od lat. Mam wrażenie, że zaraz z ich ważnością wyskoczymy poza skalę racjonalności. Niemniej jednak takie hasła są i co ważne budzą emocje, jest to oczywiście ich cel. A jeżeli nie pójdę do głosowania? Chyba zawiodę… Przecież nie mogę! Mam na kogo zagłosować? A co jeżeli ci drudzy wygrają?

Emocje są kluczem do zdobycia społeczeństwa. Są prostsze od postulatów, ponieważ przyswajamy je automatycznie, w przeciwieństwie do czasami ciężkich intelektualnie frazesów polityków. Strach jest najprostszą ze wszystkich emocji, oparta na negatywnych odczuciach, czasami nawet wstręcie. Tak chociażby jest ze spotami fundacji “Twój głos jest ważny”, które niczym nie różnią się od hejterskiej nagonki TVP za czasów Kurskiego. Wtedy ofiarą byli politycy opozycji, a teraz w obrzydliwy, dehumanizujący sposób cierpi elektorat PiS.

Jesteśmy wtłaczani w polityczny wir, który nakręca spiralę nienawiści względem siebie – to jest główna, długoterminowa konsekwencja masowych wyborów. W 2023 r. kiedy frekwencja osiągnęła swoje apogeum, wprost proporcjonalnie rosła fala polaryzacji oraz negatywnych emocji dwóch wielkich obozów politycznych. Czy jednak aby na pewno większość z tych, którzy poszli głosować, wiedzieli za czym głosują?

Głosując jesteśmy współodpowiedzialni za czyny wybieranych polityków. Dajemy im mandat społeczny, poparciem ludu legitymizujemy ich działania, za które odpowiadają przed nami – wyborcami. Każde podniesienie ręki na nasze swobody obywatelskie, wolne media publiczne czy praworządność jest wynikiem głosów. Haniebne i godne pożałowania sformułowanie “demokracja walcząca” i brak poszanowanie zasad konstytucjonalizmu przez rząd Donalda Tuska jest efektem wysokiej frekwencji, ogromnego zaplecza, które dało zielone światło. Nie inaczej było za 8 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, które mając demokratyczne poparcie robiło z demokracją co chce.

Tak, jesteśmy odpowiedzialni za to co robią politycy, którzy dostali nasze poparcie – bez nas byliby nikim. Jednakże czy jesteśmy zmuszeni, aby to robić? Jestem przekonany, że większość ludzi po prostu nie rozumie problematyki tych sporów. Tak abstrakcyjnie wielkie liczby pieniędzy, skomplikowane prawnie spory UE z Polską, zagadnienia z prawa konstytucyjnego odnośnie neosędziów, SN i TK, Zielony Ład, potrzeba układania stosunków dyplomatycznych na nowych kierunkach, jak np. Skandynawia, państwa bałtyckie, Bałkany. Na litość boską, skąd zwykły, przeciętny człowiek ma znać rozwiązania na te wszystkie problemy? Dlaczego ma być ekspertem od wszystkiego? Właśnie ta cicha większość ludzi, którzy nawet za bardzo nie interesują się polityką i wszystko im jedno kto będzie rządził, jest najbardziej zastraszana. Co więcej włącza się ich w wir polityki najprostszym językiem, czyli właśnie emocjami, o których było powyżej. Chyba każdy z nas miał do czynienia z osobą lub takową widział, która nie potrafi logicznie uargumentować swojego stanowiska, a jedynie rzuca hasłami oraz krzyczy o “tych drugich”. Wplatamy zwykłych, prostych ludzi w nie ich środowisko, nie na ich poziomie oraz niszczących ich od środka, ale również otoczenie ich znajomych, rodziny, społeczności.

Wybory to ponoć święto demokracji, dla mnie osobiście jest to hasło nie rozumiejące istoty tego systemu. Bowiem głosowanie to tylko jeden z elementów, nawet najkrócej trwający. Przez środowiska, które najbardziej promują wysoką frekwencję spychane na dalszy plan są o wiele ważniejsze rzeczy – pluralizm, rządy prawa, szacunek do drugiej osoby, prawa człowieka i obywatela, wolność słowa itd. Demokracja powinna być świętowana każdego dnia, a nie przybierać tryb walczący i wywracać cały porządek konstytucyjny państwa, żeby następnie wzywać całe masy do hucznego “celebrowania demokracji” 18 maja. Prawdziwa troskliwość i współczucie nakazuje zwykłe odetchnięcie i spuszczenie tego napięcia. Tyle słychać o wojnie polsko-polskiej, ale właśnie takie hasła ją napędzają. Jest to zapętlające się, błędne koło, w które wciskamy kolejne masy ludzkie, które najzwyczajniej w świecie nie rozumieją tych spraw. Do nich przemawia język emocji, który żeby być najefektywniejszym, przebiera z każdym dniem coraz bardziej formę wulgarną, prymitywną oraz szerząca nienawiść do drugiego człowieka, naszego sąsiada i potencjalnego przyjaciela.

Nie podważam tego, że interesowanie się sprawami publicznymi i głosowanie jest wyrażeniem niezwykłej formy dojrzałości oraz odpowiedzialności. Niemniej jednak nie można być ślepym, że większość takiej dojrzałości nie posiada. Informacje o polityce są u nich szczątkowe, również zainteresowanie głębsze. Nie mam zamiaru urągać tym ludziom, wręcz przeciwnie – Ja chcę dla nich dobrze. Nie napędzajmy tej spirali nienawiści, ponieważ od 2019 r., kiedy przy kolejnych wyborach mamy coraz wyższą frekwencję, polaryzacja również rośnie. Polityka dla 70-80% frekwencji kończy się taką jaką mamy, czyli prymitywną i odwołującą się do najprostszych emocji, uczucia tożsamości ze swoją grupą, która jest w ciągłej wojnie z tą drugą. Dlaczego tak jest i dlaczego to my mamy rację? No tutaj już pojawią się problemy z argumentacją. Moim marzeniem jest polityka absolutnie nudna, przewidywalna do bólu. Tylko wtedy bowiem będziemy w stanie dochodzić do porozumień ponad podziałami, budować konsensusy na lata, a nie na kadencję wewnątrz walczącej koalicji. Musimy wyzbyć się emocjonalnego stosunku do polityków oraz samej polityki, a niestety apologeci wysokiej frekwencji w tym nie pomagają. Masowość ma swoje koszta, które uważam za niewspółmierne do zysków, których oprócz wysokich słupków w statystykach nie dostrzegam. Widzę natomiast jedynie coraz bardziej podzielone rodziny oraz wspólnoty, w których patologiczna polityka wywarła trwałą bliznę jadąc po najbardziej wulgarnych oraz prymitywnych odczuciach. Dajmy większości ludzi święty spokój, zajmijmy się tym na chłodno i nie wzywajmy wszystkich na siłę. Jeżeli ktoś nie chce to jego sprawa i chwał mu za to. Nie każdy jest na tyle dojrzały, aby brać udział w tak ważnych sprawach i nie jest to obelga do tych ludzi, chcę im jedynie pomóc wyjść z tego kręcącego kółka dla chomików, do którego wpadli i są jego nieświadomymi więźniami. Naprawdę, frekwencje rzędu nawet 40% może być o wiele bardziej wartościowa i zdrowa dla społeczeństwa niż zawody kto tym razem prześcignie wrocławską dzielnicę Jagodno w najdłuższym czekaniu, żeby oddać swój głos. Uspokójmy się.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wordpress Social Share Plugin powered by Ultimatelysocial
Przewijanie do góry