Kończący się semestr zimowy po raz kolejny obnażył skalę studenckiej dezercji. Jeśli niemal co drugi student nie dociera do dyplomu, nieuczciwe jest nazywanie tego wyłącznie sumą indywidualnych porażek. Pytanie brzmi: kto za to odpowiada?

Raport OPI PIB (Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy) to lektura obowiązkowa dla każdego, kto wciąż wierzy w sens obecnego modelu kształcenia wyższego. Dane ujawniają, że w latach 2012–2020 z listy studentów wykreślonych zostało aż 40% adeptów przed uzyskaniem dyplomu. Choć statystyki obejmują minioną dekadę, w środowisku akademickim panuje przeświadczenie, że stan ten uległ dalszemu pogorszeniu.
Studia jako poczekalnia na życie
Skąd bierze się ta armia „studenckich uciekinierów”? Odpowiedź jest znacznie mniej złożona, niż próbują to wykazać media głównego nurtu: problemem nie są rosnące koszty życia, a przede wszystkim brak pomysłu na własną dorosłość. Wielu młodych ludzi idzie na studia bez konkretnego planu na siebie, wierząc w wyniesiony z rodzinnych domów mit wszechmocy dyplomu. Istnieje również grupa, dla której uczelnia stanowi przedłużenie młodości, a nie inwestycję w swoją przyszłość zawodową.
Potwierdzają to dane wspomnianego raportu, okazuje się, że 23% skreślonych podejmuje się studiowania innego kierunku w ciągu roku od porzucenia poprzednich. To wymowny dowód na egzystencjalne niezdecydowanie studentów — włóczęgę po kierunkach i studiowanie czegokolwiek, by wierzyć w iluzję, że wciąż można być “kimkolwiek”.
„Jeden ze studentów powiedział mi, że od początku miał wątpliwości. Czy jest sens brnąć w kierunek, którego się nie czuje, tylko z braku innego pomysłu na siebie? ” – tak w kwestii studentów anonimowo wypowiedział się w rozmowie ze Skrzyżowaniem dr inż. Politechniki Śląskiej.
Tymczasem okrągły stół resortu nauki zdaje się być na to ślepy, aktywnie wspomagając walkę z drop-outem nie znając jego głównej przyczyny. Być może urzędnicy widzą kryzys tożsamości obecnego pokolenia, jednak postrzegają je jako problemy wykraczające poza ich biurokratyczne kompetencje. Masowe rezygnacje regularnie uzasadnia się więc rosnącymi kosztami życia w metropoliach, niską jakością kształcenia i przymusem pracy. To argumenty istotne i w wielu przypadkach decydujące, ale i dla systemu – niezwykle wygodne. Przy obecnej skali zjawiska ich absolutyzowanie jest po prostu krótkowzroczne.
Narrację o dominującej roli finansów studenta rozbija raport „Portfel Studenta” (2025, WIB we współpracy z ZBP). Z zawartych w nim danych wynika, że odsetek badanych osób rozważających rezygnację ze studiów z przyczyn finansowych wynosi zaledwie 17%. Gdy zestawimy to z 40-procentowym wskaźnikiem faktycznych odejść, wniosek nasuwa się sam: kwestie finansowe nie są głównym hamulcem studiowania. Źródła skali akademickiej kapitulacji należy więc szukać znacznie głębiej – w młodych umysłach pokolenia Z.
Psychologia studenta
Niezwykle cennym elementem młodości jest nieograniczony wybór — stan, w którym wszystkie drogi wydają się otwarte. Jednak dla obecnego pokolenia studentów ta wolność stała się paraliżująca. Wybór konkretnej drogi zawodowej często wywołuje u młodzieży strach przed symbolicznym zgładzeniem wszystkich alternatywnych wersji samego siebie. Psychologowie definiują to zjawisko jako moratorium – moment na rozstaju dzieciństwa z dorosłością, w którym intensywnie poszukuje się własnej drogi bez realnego zaangażowania w konkretne role społeczne.

Wpis z portalu X (dawniej Twitter) ilustrujący współczesne postrzeganie rezygnacji z edukacji wyższej.
W erze wszechobecnego dobrobytu i zaburzeń zdolności do długofalowego wysiłku, ten etap poszukiwań zamienił się w permanentny kryzys. Postawienie wszystkiego na jedną kartę, co paradoksalnie zazwyczaj stanowi klucz do życiowego sukcesu, coraz częściej staje się dla obecnego pokolenia wizją ograniczenia własnej wolności. Aspirującego prawnika przeraża, że idąc w świat paragrafów, bezpowrotnie rezygnuje z innej potencjalnej drogi — na przykład inżyniera. Dlatego gdy rygor akademicki zmusza studenta do ostatecznego samookreślenia „czy brnę w to dalej, czy tego naprawdę chcę” (np. w postaci sesji), często następuje jego kapitulacja. Trudno bowiem walczyć o coś, co od początku było pozbawione pasji i pewności, że obrana droga jest słuszna.
Drop-out jako model biznesowy
Najbardziej szokującym elementem tej układanki jest rola uniwersytetów we wspieraniu tego procederu. Każdy student widniejący na liście, który de facto wycofał się już z procesu kształcenia, generuje dla uczelni czysty zysk: wyższą dotację od państwa przy jednoczesnym braku kosztów realnego kształcenia kogoś, kto i tak nie pojawi się w auli. Skoro kwota przyznawanych uczelniom środków zależy w dużej mierze od liczby studentów, natychmiastowe usunięcie ich z listy oznaczałoby finansowy strzał w kolano.
Studenci trwają więc w bazach danych, czerpiąc korzyści z legitymacji, która nierzadko stanowi jedyny motor napędowy decyzji o podjęciu studiów. Należy tu jednak częściowo usprawiedliwić instytucje — w końcu edukacja i tak cierpi na chroniczne niedofinansowanie, a „fikcyjnie zdobyte” środki najczęściej pozwalają przetrwać infrastrukturze, niszowym kierunkom i kadrze.
„Wiem, że wiele polskich uczelni tak robi. Na pewno nie wszystkie, ale taki proceder się odbywa. Trudno jest wskazać w jakiej skali i w jaki sposób im się to udaje.” — dodaje nasz rozmówca z Politechniki Śląskiej
To sprawia, że oficjalne statystyki rezygnacji należy traktować raczej jako optymistyczny wariant rzeczywistości. Dziesiątki tysięcy „studentów-duchów” wciąż zasila bazy danych, mimo że w rzeczywistości ich edukacja została przerwana wiele miesięcy wcześniej.
„Ręka rękę myje”
System udaje, że kształtuje elitę. Uczelniane księgowości zasilają fikcyjni studenci. Zaś sami studenci-tułacze korzystają z uczelni bez zamiaru ukończenia nauki, a obecny system wita ich z otwartymi ramionami. Już od dekad ten mechanizm nie „funkcjonuje” naturalnie, tylko trzyma się na trytytkach wzajemnych zależności. Diagnozę należy postawić wprost: ta symbioza, którą nazywamy patologią, w rzeczywistości stanowi podstawę obecnego systemu kształcenia wyższego. Być może system jest tak mocno oparty na kłamstwach, że przy realnych reformach wiele polskich uniwersytetów musiałoby ogłosić upadłość. Rusz fundament, a cała wieża runie.




