Wszystko zaczęło się w unijnych gabinetach. Impulsem dla publicznej debaty nad językiem stały się zmiany w Kodeksie pracy. Z końcem grudnia ubiegłego roku (24.12.2025) wprowadzono bowiem nakaz stosowania form neutralnych płciowo w nazwach stanowisk i ogłoszeniach o pracę. W jakiej formie? Nie wiadomo – przepisów nie doprecyzowano.
Jednego nie można odmówić: w ten sposób wydobyto z przedsiębiorców dusze prawdziwych poetów. Przepisy wcale nie nakazują stosowania osobatywów, ale ryzyko penalizacji wprowadziło przedsiębiorców w stan językowej hiperpoprawności. Od teraz częściej od tradycyjnego „szukamy lidera”, przeczytamy „szukamy osoby liderującej”.
Osobatywy jako nowomowa
Ich największym mankamentem jest – paradoksalnie – depersonalizująca funkcja. W języku tradycyjnym terminy jak „lekarz” czy „lekarka” wskazują na konkretną płeć, kulturowo ukształtowany etos rzemiosła i status zawodowy. Tymczasem „osoba lekarska” przesuwa punkt ciężkości z podmiotu na funkcję – jakby człowiek ustępował znacznie ważniejszej roli społecznej. W ten sposób osobatywy personalizują wszystkich poprzez całkowite zatarcie różnic. Jedni widzą w tym uwzględnienie wszystkich (tak zwany język inkluzywny), Inni traktują to jak depersonalizację w imię ideologii.
Absurdu nowelizacji dodaje fakt, że językowa walka z dyskryminacją płci, wydaje się być tematem zastępczym. Gdyby państwo naprawdę dążyło do równości, zniosłoby różnice w udźwigu (praca fizyczna) i zrównałoby wiek emerytalny. Jeśli nie, przestańmy udawać, że traktujemy równość na rynku pracy poważnie. Tym samym trudno nie dostrzec, że formy neutralne są w rzeczywistości próbą zatynkowania chwiejnych fundamentów, których broń Boże – ruszać nie wolno. Jeśli mamy kroczyć tą ścieżką musimy zdefiniować cel: bezwzględna równość dla wszystkich, czy tylko tam, gdzie to wygodne?
Droga jest kręta, a cel wciąż niejasny
Największy paradoks ujawnia się jednak wewnątrz samej progresywnej agendy. Od lat lewicowe środowisko walczy o adminitracyjne uznanie feminatywów – o to, by kobieta-chirurg mogła być chirurżką, nie chirurgiem. Celem tej walki miała być emancypacja kobiet i podkreślenie dzielących płcie różnic.
Tymczasem, osobatywy są kompletnym zaprzeczeniem feminatywów. To samo lewicowe środowisko jednocześnie napędza ekspansję obydwu form. Czy narzucenie kobiecie statusu „osoby chirurgskiej” (wymówienie tego nie jest łatwe) nie jest więc ponownym postawieniem znaku stop jej emancypacji? Wciąż można kobietę nazywać chirurżką w zwykłej rozmowie, ale na drzwiach gabinetu plakietki z taką nazwą nie znajdziemy.

Prawo bez fundamentów
Nie można kłócić się z faktem, że wielu używa osobatywów w pełni dobrowolnie. Prawdziwy problem pojawia się, gdy takie nowelizacje narzuca się wszystkim. Obywatele się burzą, protestują na różne sposoby, by na końcu je odrzucić – zwłaszcza jeśli ich nieprzestrzeganie łączy się z sankcjami.
Nowelizacja Kodeksu pracy jest kolosem na glinianych nogach – to jeden z utopijnych projektów, których szanse na sukces są niskie. Neutralne formy zostały wprowadzone bez uprzedniego dostosowania prawa (co mają zrobić pracownicy administracyjni, których nazwa stanowiska jest prawnie zdefiniowana?) i przygotowania społeczeństwa, zwłaszcza tak konserwatywnego jak Polska. Wymuszono na przedsiębiorcach odejście od tradycyjnych przyjętych już form na rzecz mowy progresywnej. Tymczasem, konkretny sposób jej egzekwowania został chyba oddany w ręce Boga, bo na ten moment odpowiedniego słownika dla przedsiębiorców nie ma.
Neutralne formy są naturalnym elementem dynamiki języka, ale nagłe wprowadzanie ich poprzez prawo – nie. Akceptacja i równość nigdy nie powinna być implementowane poprzez chaos i chłostę. Bez społecznego dialogu dyskryminacji ubywać nie będzie – wręcz przeciwnie, nabawimy się tylko kolejnych problemów, a przeciwnikom dostarczymy gotowego alibi. Zaś język, który przecież powinien łączyć, stał się kolejnym polem ideologicznej bitwy.
Tekst jest publicystycznym konserwatywnym głosem w debacie publicznej.
Mateusz Karcewicz



