„Żydzi nie celebrują śmierci – my uświęcamy życie. Niezależnie od poglądów na karę śmierci, otwieranie szampana, by uczcić prawo, które odbiera życie, jest z gruntu antyżydowskie. Wielu już to rozumie. Inni zrozumieją z czasem. Pewnego dnia spojrzymy wstecz na rządy Bena-Gwira i poczujemy wstyd, że pozwoliliśmy, by coś tak destrukcyjnego wkroczyło do sanktuarium władzy w Izraelu”.
Te słowa napisał na platformie X Yaakov Katz – izraelski dziennikarz i pisarz.

Minister bezpieczeństwa wewnętrznego Izraela Itamar Ben-Gvir. Ilustracja (AI Grok/Mateusz Karcewicz)
W poniedziałek 30 marca izraelski parlament Kneset uchwalił ustawę o karze śmierci dla – jak nazywają to izraelscy politycy – „terrorystów”. Inicjatorem projektu jest skrajnie prawicowa partia Żydowska Siła (Otzma Yehudit), na której czele stoi Itamar Ben-Gvir – izraelski minister bezpieczeństwa wewnętrznego. Legislację przegłosowano stosunkiem głosów 62 do 48, a jednoznaczne poparcie dla nowych przepisów wyraził premier Benjamin Netanjahu.
W dniu głosowania posłowie Otzma Yehudit pojawili się w Knesecie ze złotymi naszywkami przedstawiającymi pętlę szubieniczną, a sam Ben-Gvir uczcił sukces legislacyjny otwierając butelkę szampana. Nie pozwolono mu zrobić tego w parlamencie, więc wraz z grupą posłów świętował na korytarzu.
Dlaczego ustawa tak oburza świat?
Lista państw legalizujących najwyższy wymiar kary jest długa i nie dotyczy jedynie tych uznawanych przez cywilizację zachodnią za „niecywilizowane”. Karę śmierci stosuje USA, stosują ją Chiny, a w Europie – jako ostatni bastion – Białoruś, choć niekwestionowanym pod tym względem liderem pozostaje Bliski Wschód.
A jednak, to właśnie Izrael otrzymał w ostatnich dniach całą „Biblię” deklaracji potępienia. Powód jest prosty: nowe regulacje mają jawnie dyskryminujący charakter i konstrukcję bliźniaczo podobną do systemów segregacji rasowej znanych z historii apartheidów. Diabeł, jak zwykle, tkwi w biurokratycznych szczegółach.
Zobacz również: Mateusz Grabowski | Barabasza!
Ustawa na pozór wydaje się uniwersalna. Słowem-kluczem w ustach izraelskich polityków jest „terroryzm”, ale w rzeczywistości akt odnosi się do jego wąskiej interpretacji. Jak możemy przeczytać w ustawie, nowe prawo przewiduje karę śmierci dla osoby, która pozbawiła życia obywatela Izraela z przyczyn rasistowskich, działa w celu wyrządzenia szkody państwu Izrael bądź jego czyn klasyfikuje się jako akt terroryzmu.
Konstrukcja nowelizacji – oparta na monopolu sądów wojskowych znanych z doraźności wyroków – czyni nowe prawo potencjalnym narzędziem segregacji. Ustawa jest skrojona wprost pod Zachodni Brzeg (granica Jordanii i Izraela), gdzie panuje specyficzny dualizm prawny: żydowscy osadnicy podlegają prawu cywilnemu, podczas gdy o sprawach Palestyńczyków decyduje izraelski sąd wojskowy. To właśnie na na terenie Judei i Samarii dochodzi do największej liczby zatrzymań obywateli Palestyny, więc nowe przepisy naturalnie uderzają głównie w zamieszkującą ten region populację. Równocześnie groźba wyroku śmierci nie będzie obejmować żydowskich ekstremistów, którzy podlegają prawu cywilnemu na terenie całego państwa.
Tło i konflikt prawny
Trudno nie zakładać, że skrajnie prawicowe władze w Jerozolimie mogą przyjąć niezwykle elastyczną definicję „terroryzmu”. Program polityczny partii Bena-Gvira wprost wskazuje na kahanizm jako swój fundament – doktrynę promującą żydowską supremację oraz zakładającą bezwzględne podejście do Palestyńczyków. Nowa ustawa nie jest więc symptomem pragmatycznej postawy wobec terroryzmu, a raczej realizacją partyjnej doktryny.
Zdają sobie z tego sprawę również sami Izraelczycy.
Najstarsza izraelska organizacja praw człowieka, ACRI, natychmiast złożyła skargę do Sądu Najwyższego, wprost nazywając ustawę niekonstytucyjną, rasistowską i godzącą w fundamenty prawne kraju. Ostatni argument jest niezwykle istotny.
Należy zauważyć, że Kneset w teorii nie ma prawa stanowić jurysdykcji nad Zachodnim Brzegiem Jordanu. To terytorium pod okupacją wojenną (swoją drogą nielegalną), nie integralną częścią państwa Izrael. Przejmując rolę ustawodawcy na terytorium de facto nie swoim, Otzma Jehudit ostentacyjnie stara się o jawną aneksję Zachodniego Brzegu. Trzeba przyznać, że partia wzorowo spełnia obietnice wyborcze, skoro podejmuje się tak radykalnych działań.
Historia kary śmierci w Izraelu
Kara śmierci w Izraelu istniała na długo przed poniedziałkową legislacją, jednak do tej pory zastosowano ją w zaledwie 2 przypadkach. Pierwszym był oficer wywiadu Meir Tobiański, który w 1948 roku został rozstrzelany za szpiegostwo na rzecz Jordanii. Wyrok zapadł po kilkugodzinnym przesłuchaniu, a po fakcie okazało się, że skazany był niewinny. Drugim był nazistowski zbrodniarz wojenny Adolf Eichmann, który był jednym z głównych architektów Holokaustu. Bezpośrednio odpowiadał za logistykę deportacji milionów Żydów do obozów zagłady. Powieszono go w więzieniu Ramla w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1962 roku.
Zobacz również: Mateusz Banaś | Innego końca Polski nie będzie
Nie bez powodu w swojej krótkiej historii, Izrael o karze śmierci rozstrzygnął tylko dwukrotnie – pierwszy wyrok był wyraźnym błędem, który na tyle wstrząsnął państwem, że najwyższy wymiar kary stał się niemal martwym przepisem. Wielu prawników i polityków uznało go wtedy za symbol niebezpieczeństwa tego prawa w warunkach wojennych i braku odpowiednich procedur. W efekcie, w 1954 roku, Kneset przyjął ustawę znoszącą karę śmierci za morderstwa, ograniczając ją wyłącznie do zbrodni przeciwko narodowi żydowskiemu i ludzkości.
Dziś ta martwa kara ma dotyczyć de facto wyłącznie skazanych o określonej narodowości.
Izolacja Izraela
Nie miejmy jednak złudzeń – Kneset nałożył pętlę na szyję nie tylko Palestyńczyków, ale i na sam Izrael. W tle tego wszystkiego jest przecież Gaza – dziesiątki tysięcy ofiar, w tym tysiące kobiet i dzieci, widmo nakazu aresztowania Netanjahu przez MTK za zbrodnie przeciwko ludzkości, wojna w Iranie oraz widmo rozszerzenia konfliktu na Liban.
To prawo, uchwalone w dźwięku odkorkowanego szampana, w zasadzie wyklucza Izrael z demokratycznej cywilizacji na rzecz kahanistycznego fanatyzmu. Jerozolima, dławiąc palestyński opór pętlą, zaczyna sama się dusić w międzynarodowej izolacji.
Sytuacji nie poprawia dynamika polityczna w USA. Donald Trump traci poparcie, a wizja przejęcia władzy przez Demokratów znacząco przybliżyła się od pierwszego dnia konfliktu z Iranem. Progresywne skrzydło polityczne coraz głośniej mówi o całkowitym wycofaniu pomocy dla Izraela lub uzależnieniu jej od ścisłych warunków. Zwycięstwo amerykańskiej centrolewicy w nadchodzących wyborach mogłoby drastycznie osłabić państwo żydowskie. Tylko od października 2023 do stycznia 2025 roku amerykańskie inwestycje i sprzęt na poczet Jerozolimy osiągnęły łączną wartość 34 miliardów dolarów. Choć wsparcie USA pokrywa dziś około 11–15% budżetu obronnego Izraela (przed wojną było to nawet 20%), to właśnie zachodnie dostawy gwarantują mu przewagę technologiczną i bezcenne współdzielenie danych wywiadowczych. W dobie panującego sceptycyzmu u najważniejszego sojusznika, izraelski parasol ochronny może okazać się dziurawy.
Sanktuarium wstydu
Wczoraj (2 kwietnia) swoje niezadowolenie z ustawy o karze śmierci zadeklarowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych Arabii Saudyjskiej. W ostatnich dniach nowe prawo potępili także: ONZ, Unia Europejska, Humans Rights Watch, Amnesty International, Palestyńska Administracja oraz wiele więcej innych państw, osób i organizacji. Stany Zjednoczone przyjęły bierną postawę oświadczając, że „USA szanują suwerenne prawo Izraela do określania własnych praw i kar za terroryzm”.
„Pewnego dnia spojrzymy wstecz na rządy Bena-Gvira i poczujemy wstyd, że pozwoliliśmy, by coś tak destrukcyjnego wkroczyło do sanktuarium władzy w Izraelu” – ostrzegał Yaakov Katz. Pytanie brzmi, czy kiedy ten wstyd nadejdzie i Kneset zdejmie pętlę, którą sam ochoczo sobie założył w miniony poniedziałek, Izrael będzie jeszcze demokratycznym bastionem cywilizacji wschodniej. .
Źródła: Wojciech Szewko, Brown University, Jerusalem Post




