Życie społeczne jest na ogół bardzo skomplikowane. Wydawało mi się to jasne jak słońce. Witold G. nazwałby to wszechobecną formą, która dusi nas i dławi. Idąc dalej tym tropem, wyzwolenie się z formalistycznych więzów powinno prowadzić nas ku szczęściu i harmonii. Uzaję ostatnie zdanie za dewizę mojej młodości. Jak każdy z nas, w pewnym momencie gardziłem społeczną sferą konwenansów. Aż tu nagle, sam nie wiem kiedy, jak grom z jasnego nieba, doszedłem do wniosku, że bez formy nie ma normy. I jak tu żyć, Panie Premierze?
Skąd w tak zatwardziałym grzeszniku jak ja tak wielka przemiana? Pytały ciocie, babcie, sąsiadki. Odpowiadałem, że podobno nie lubimy w innych naszych własnych wad. „Coś w tym jest!” — odpowiadały. I coś w tym było. Jak się później okazało, tym „czymś” był drugi człowiek. Mój serdeczny kolega „B” powiedział, że ceni sobie ludzi, którzy potrafią być jego „moralnym odbiciem”. „B” jest bardzo mądry. Lubimy rozmawiać o różnych ważnych sprawach, które w istocie są pierdołami. Tym razem trafił w samo sedno sprawy. Lecz od początku.
Poznałem niedawno Edka. Od razu zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie. Jego świetnie skrojony garnitur, pewna postawa, mimika twarzy godna mędrca i dostojność ruchów uświadomiły mi, że należy znać swoje miejsce w szeregu. Edek zapomniał jednak o jednej, bardzo istotnej dla niego sprawie. Gdy mama, robiąc mu jak co rano kanapki do szkoły, powiedziała: „Edziu kochany, pamiętaj, że w twoim przypadku milczenie jest szansą”, Edek odburknął tylko, że mamusia nie ma prawa się wtrącać. Pouczanie króla Edwarda nie mieści się w jego głowie. Jak się później okazało, kanapki były wyśmienite, a rada dana Edwardowi – bezcenna. Niestety, Edzio zapomniał o matczynej trosce.
I tak oto Edek zadomowił się w moim życiu na stałe. Odzywa się niepytany, wtrąca się tam, gdzie nikt go nie potrzebuje, i robi hałas, gdy należy cieszyć się ciszą. Ten wyzwolony od formy wszelakiej człowiek stał się dla mnie synonimem sukcesu. Edka wszędzie po trochu. To tu, to tam. Toruje sobie drogę jak taran. Nie zważa na obyczaje, dobre maniery czy, broń Boże, sentyment. Do Edzia świat należy. Klepie mnie tylko po ramieniu, w przyjaznym geście politowania. I puszcza oczko, uśmiechając się szyderczo. Ach, ten Edward. Chciałbym być jak on. Ale ja już nie potrafię…
Zakląłem się na wszystkie świętości i postanowiłem sobie, że nie powrócę do czasów „wyzwolenia od formy”. Teraz jestem grzecznym, uprzejmym facetem, który ustępuje starszej pani miejsca w tramwaju i podnosi rękę, gdy chce zabrać głos na zgromadzeniu formalnym. Chyba zdziadziałem… „Ale z ciebie dupa” — mówi Edek. Bierz życie za rogi! Nie bądź naiwny. Ludzie szybko zapominają… Długo się wahałem. Wyznawcy Edwarda bardzo często namawiali mnie, bym wstąpił w ich zacne szeregi. „To byłaby kapitalna szansa, by opalić swoją bladą skórę w blasku Edka” — pomyślałem. Ale nie mogłem być taki jak on. Czułem się zbyt słaby, skrępowany, bezsilny i niesprawczy. Taki Edek żyje jak pączek w maśle. Wszyscy udają, że go lubią, gdyż nie warto mu podpadać. Boże, chroń mnie przed gniewem Edwarda. Jego mędrczy i moralizatorski ton wcisnąłby mnie w ziemię. Jego wszechwiedzący styl bycia złamałby we mnie każdy opór. Dlatego obiecałem sobie, że będę go unikał. Za wszelką cenę.
Wdzięczny za tę oświecającą myśl, która wpadła mi do głowy, nalałem sobie szklankę coli z odrobiną whiskey. Był piątkowy wieczór, więc mogłem „zaszaleć”. W końcu, jak mawia Edek, świat należy do ludzi, a nie ludzie do świata. Włączyłem telewizor i wygodnie usadowiłem się w fotelu własnego konformizmu. Wtem szklanka z brązowo-brunatnym napojem upadła na czerwony, puchaty dywan w moim salonie. Cały płyn wsiąkał już w podłogę. Będzie plama jak od Las Vegas po Krym. Co mnie tak zdziwiło? Otóż w telewizyjnym studio siedziało pięciu identycznych Edków w garniturach i kłóciło się o to, kto jest prawdziwym Edwardem. Prowadzący całą debatę, Edek, wklepywał na szybko frazy do wyszukiwarki internetowej, poszukując argumentów na poparcie własnych tez. On również uważa się za jedynego i prawdziwego Edka. I to on był chyba tym Edziem, którego znam osobiście.
Mój Edzio cały czas mówi, że inteligentny człowiek musi wiedzieć, jak korzystać ze swojej inteligencji. Trzeba wiedzieć, jak i gdzie szukać. Najprostsze sposoby są najlepsze. Edek lubuje się więc w poszukiwaniu wiedzy na własną rękę w internecie. Znalezione tam informacje uznaje za prawdę sakralną. Stanowią jego oręż w każdej walce wręcz, którą prowadzi. A każdą wygrywa. Nikt nie może pokonać Edwarda!
Boże święty. Im bardziej chciałbym uciec od Edka, tym bardziej nie jestem w stanie. Ciągle mnie klepie, maca, wącha. Wyskakuje z szafy, spod łóżka, prysznica. „Edek, dlaczego to robisz?” — pytam go. I błagam, na litość boską, żeby przeszedł do sedna sprawy. Nie ze mną te numery. Ale Edzio ciągle się miga. Rzuca tysiące słów, których nie rozumiem. Patrzy się z tym swoim politowaniem. Mlaska i mówi z ustami pełnymi jedzenia. Zawsze, gdy kończymy naszą rozmowę, nazywa mnie swoim przyjacielem, chociaż nie pamięta nawet, jak się nazywam. Zawsze mówi, że wypadło mu to z głowy. Odczuwam wtedy wielką przykrość. Autentyczny smutek i żal przenika mnie od stóp do głów. A Edek odchodzi w milczeniu, gdy rozmowa nie jest nawet w swojej połowie.
Nie mam siły przedstawiać mu się na nowo, więc przylepiłem sobie karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem na piersi, a na plecach tabliczkę z napisem: „Kopnij mnie w dupę, Edek”. Zawsze, gdy podchodzi, najpierw kopie mnie z całej siły w tyłek, a potem i tak pyta się o moją godność. Gdy mówię, że jej nie mam, zaczyna wyć ze śmiechu i mówi, że chodziło mu o imię i nazwisko. Jak można używać dwuznacznych słów? Przecież wszystko jest czarno-białe. Tak sobie żyjemy. I boli mnie siedzenie, bo Edek bardzo często korzysta ze swoich przywilejów.
Człowiek zawsze jest między-między. Cholera jasna. Między chęcią bycia sobą, sobą, sobą, a koniecznością bycia Edkiem, Edziem lub Edwardem. I ty też tak masz? Że widzisz go wszędzie — od salonu, po pracę, aż do telewizji? Edziu jest figurą naszej epoki. Za kilka lat będą stawiać mu pomniki, nazywać jego imieniem ulice i pisać o nim prozę (tak jak czynię to ja, chociaż, jak wiadomo, nie jestem prekursorem). „Gdzie mieszkasz? Na ulicy Edka. Którego Edka? Każdego.” Każdy z nas zna przecież jakiegoś Edka, w mordę jeża. A czasem Edward w nas siedzi i tylko czeka, by wydrzeć się do świata przez usta, uszy i gesty.
Edek jest twoim lustrem. To dlatego cię drażni. To dlatego cię fascynuje. To dlatego boisz się nawet pomyśleć, że mógłbyś się nim stać. Ja również mam w sobie ten lęk.
Zawsze, gdy kończymy naszą rozmowę, nazywa mnie swoim przyjacielem, chociaż nie pamięta nawet, jak się nazywam. Mówi, że wypadło mu to z głowy. Odczuwam wtedy wielką przykrość. Autentyczny smutek i żal przenika mnie od stóp do głów. A Edek odchodzi w milczeniu, gdy rozmowa nie jest nawet w swojej połowie. Nie mam siły przedstawiać mu się na nowo, więc przylepiłem sobie karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem na piersi, a na plecach tabliczkę z napisem: „Kopnij mnie w dupę, Edek”. Zawsze, gdy podchodzi, najpierw kopie mnie z całej siły w tyłek, a potem i tak pyta się o moją godność. Gdy mówię, że jej nie mam, zaczyna wyć ze śmiechu i mówi, że chodziło mu o imię i nazwisko. Jak można używać dwuznacznych słów? Przecież wszystko jest czarno-białe.
Tak sobie żyjemy. I boli mnie siedzenie, bo Edek bardzo często korzysta ze swoich przywilejów. Człowiek zawsze jest między-między.
Cholera jasna. Między chęcią bycia sobą, sobą, sobą, a koniecznością bycia Edkiem, Edziem lub Edwardem. I ty też tak masz? Że widzisz go wszędzie — od salonu, po pracę, aż do telewizji? Edziu jest figurą naszej epoki. Za kilka lat będą stawiać mu pomniki, nazywać jego imieniem ulice i pisać o nim prozę (tak jak czynię to ja, chociaż, jak wiadomo, nie jestem prekursorem). „Gdzie mieszkasz? Na ulicy Edka. Którego Edka? Każdego.” Każdy z nas zna przecież jakiegoś Edka, w mordę jeża. A czasem Edward w nas siedzi i tylko czeka, by wydrzeć się do świata przez usta, uszy i gesty.
Edek jest twoim lustrem. To dlatego cię drażni. To dlatego cię fascynuje. To dlatego boisz się nawet pomyśleć, że mógłbyś/abyś się nim stać. I ja też się boję.





