banka rokita

Wsiądź do tramwaju, a opowiem ci Śląsk

recenzja reportażu Zbigniewa Rokity Aglo. 

 

Wysiadłam na stacji w Bytomiu. Planowałam, podążając śladami autora reportażu Aglo. Banką po Śląsku, przemierzyć śląski mikrokosmos. Zanim jednak weszłam do tramwaju numer 7 – który według Zbigniewa Rokity jest najlepszym środkiem do poznania Aglomeracji Śląsko Zagłębiowskiej – na bytomskim murze zobaczyłam dwa napisy. Jeden zawierał informację, że:

„30 grudnia 2025 z KWK Bobrek wyjechała ostatnia tona węgla. Razem z nią zakończyła się historia wydobycia węgla kamiennego w Bytomiu.” Drugi okazał się wierszem napisanym właśnie przez Rokitę:

„I co tu się odbytamia?

Wszyscy Bytomianie skandują: Bytom, Bytom, Bytom.

A echo powtarza mantryczne: Om… om… om…

Słychać go już na Bobrku Om… om… om…

Ten pradźwięk wszechświata

Rozpuszcza wszelkie chacharstwo om bytomskie Uzdrawia wszelki byt om bytomskie Om… om… om…

Świat znów rymuje się sam ze sobą

A szybująca Kryśka Szombierska mówi: Ja. Bydzie”

Oba przywołane teksty splotły się z tym, czego dowiedziałam się, czytając najnowszy reportaż autora. Po pierwsze, wydobywanie węgla było czymś więcej niż źródłem zarobku Ślązaków czy szansą na rozwój i eksplorację południowego obszaru. Już w XIX wieku wiedziano, że aby zachęcić mężczyzn do pracy w tych niebezpiecznych warunkach, należy uzależnić ich od środowiska kopalń – także na płaszczyźnie emocjonalnej. Niemcy stworzyli gruntowne podwaliny filozofii, która gloryfikowała znaczenie górnictwa dla całego społeczeństwa, a zawód górnika podniosła do rangi herosa. Po wojnie Polacy odcięli się od niemieckich wpływów, jednak etos oraz wagę górniczego fachu pozostawili nienaruszone.

Wydobycie węgla stało się główną gałęzią gospodarki Dla śląskich „chopów” praca pod ziemią była sensem życia, kopalnia drugim domem, a dla ich bliskich mieszkanie w wielorodzinnych „familokach” jedynym modelem wspólnoty, jaki znają. Rokita trafnie ujął to zjawisko w lapidarnym zdaniu: „[…] górnictwo to coś więcej niż praca i dlatego kopalnie umierają tak głośno.” Nic więc dziwnego, że ostatnia wywózka węgla z bytomskiej kopalni została uznana za wartą upamiętnienia napisem wyraźnie podkreślającym, że jest to koniec pewnej ery. Sprawdza się tu także przeświadczenie autora, zgodnie z którym: „Miasto to dzieło sztuki, miasto to książka […]”, które uwrażliwia go na wszelkie napisy, skróty, grafiki porozrzucane w postaci grafiti po całym Górnym Śląsku. Trasę siódemki traktuje jak lekturę, podczas której może czytać po kolei tramwajowe przystanki.

Po drugie, już utwór zastany na murze ujawnia stosunek reportażysty do lokalnej ojczyzny. Bytom z przydrożnego wiersza – jeśli ujmiemy element humorystyczny – rysuje się jako miejsce mityczne, szczególne, ulokowane gdzieś w centrum kosmosu, a sama jego nazwa brzmi jak „pradźwięk wszechświata”. W takich właśnie rysach Rokita próbuje naszkicować w swoim reportażu portret całej aglomeracji. Mityzuje swój region, nazywając go „moim własnym kosmosem”, a jego mieszkańców „śląskonautami”. Jednocześnie z dystansem podchodzi do wszystkich mitów, które o Śląsku zdążył powiedzieć świat, a szczególnie Ślązacy, którzy tym chętniej „fantazjują sobie śląską przeszłość”, im mocniej czują, że polska większość próbuje im ją odebrać.

Narracją Rokity rządzi dualizm: między imaginariami a rzeczywistością, polskością a niemieckością, nacjonalizmem a pluralizmem i otwartością. Wobec tych opozycji autor Kajś stawia kluczowe pytanie, gdzie w tym wszystkim plasuje się tożsamość Ślązaka. Pisarz ma świadomość, że jedyny sposób na zrozumienie i opisanie świata, to stworzenie go samemu:

„Musiałem je wymyślić, bo każdy ma swoje Zawodzie, a ja potrzebowałem Zawodzia wspaniałego, skoro miało być moim nowym domem”. Tworzy je więc – jak twierdzi – z okruszków, rozczłonkowuje, dopisuje, układa po swojemu, a za pomocą ołówka stawia punkty w miejscach, gdzie tworzyli znaczący dla niego (i jego śląskich korzeni) twórcy, czym wyznacza własną kartografię Europy Środkowej.

Autor Aglo dokonuje intencjonalnej subiektywizacji. Za pomocą pierwszoosobowej narracji opowiada Śląsk, sięgając po historię swojej rodziny i własne doświadczenia. Odwołuje się do swoich emocji i preferencji. Nie ukrywa wrażliwości ani pasji. Sięga po czasowniki takie jak „uwielbiam” czy „oskarżam”, służące do wyliczania listy śląskich pomników, wśród których najlepszy wydał mu się pusty cokół na katowickim placu Wolności jako metafora Ślązaków („[…] przypadła im rola cokołów, na których inni stawiają swoje pomniki”) oraz stworzenia litanii rzeczy, za które oskarża „śląskich nacjonalistów, a więc i siebie”. Świadomie przyznaje, że: „Pisząc to, jestem i ptakiem, i ornitologiem […]”.

W tym miejscu powinno zrodzić się pytanie o zasadność kategoryzowania pozycji Rokity jako reportażu – w końcu starą, już zakurzoną zasadą reportażystów było stawianie siebie w roli obserwatora i słuchacza, który ginie w toku opowiadanej historii oraz cieniu bohaterów i wydarzeń. A jednak wydaje się, że w kwestii gatunkowej przynależności nikt, kto sięga po Aglo, nie ma wątpliwości. W książce występują oczywiście elementy jednoznacznie reporterskie, dokumentalne – wywiady, historyczne i biograficzne fakty, daty, lokalizacje. Prawdopodobnie nikogo nie dziwi ta autorska fokalizacja, ponieważ tradycja Polskiej Szkoły Reportażu przyzwyczaiła nas do tego, że reporterskie relacje często są nacechowane fikcjonalnością i swoistą poetyką. Jednak choć reportażyści dawno odrzucili suchy dokumentaryzm, jawnie romansując z beletrystyką, to, co proponuje nam Rokita wykracza poza skonwencjonalizowane ramy literackiego reportażu.

Aglo jest reportażem subiektywnym – intymnym i prywatnym, a także lokalnym i sąsiedzkim. Obok wywiadów z modelowymi figurami Ślązaków, ekspertów w danej dziedzinie lub świadków pewnych wydarzeń, pojawiają się ławkowe dialogi spod bloku, rodzinne anegdoty oraz sprawozdania z wizyt w barze mlecznym, na zarośniętym zielenią stadionie GKS-u Szombierek czy z dawnych posiedzeń z przyjacielem pod sklepem monopolowym. Reporterskie zadanie Rokity w tym przypadku polegało równie mocno na zerkaniu w głąb siebie, co zaglądaniu przez dziurę w płocie.

Historia opowiedziana przez śląskiego pisarza jest pośrednio metakomentarzem dotyczącym samego reportażu – odpowiedzią na postulat reporterskiego obiektywizmu. Autor tak chętnie dekonstruuje powszechnie uznane mity, przytacza postacie „świeckich świętych” i mówi o

„wybitnych mitotwórcach”, jednocześnie próbując nakreślić kontury własnej „wspólnoty wyobrażonej”. Wie, że właśnie te elementy składają się dyskurs, tożsamość, poczucie przynależności– nie da się opisać świata jakiejś zbiorowości, nie odwołując się do jej religii, choćby tej świeckiej. Uważa, że jego społeczność znalazła się w miejscu, kiedy: „Śląskość ma już bowiem prawdę, teraz, aby ją umocnić, potrzebuje nowego, atrakcyjnego mitu”, a ja sądzę, że Rokita próbuje go stworzyć właśnie tą książką.

Ślązak dokonuje literackiej interwencji, ponieważ czuje, że fundamenty śląskiej tożsamości zaczęły się chwiać, stały się nieostre i niebezpiecznie zbliżyły się do rozpłynięcia w polskości. Niejednokrotnie wysnuwa czarny scenariusz, zgodnie z którym za kilka pokoleń śląskość przestanie istnieć. Jednak zdaje się znajdować receptę na ten problem . Ratunku upatruje w stworzeniu narracji ze środka,– czegoś żywego, ani wysokiego, ani niskiego; bez megalomanii

i kompleksu niższości. W końcu kultura (w tym język, który stanowi filar śląskiej odrębności) nie może istnieć tylko w sztukach teatralnych albo być manifestowana jedynie za zamkniętymi drzwiami (śląska „godka” przez wielu dalej uważana jest za coś gorszego, za gwarę, odmianę polszczyzny).

Ślązacy walczą o swoją mowę, chcą by stała się oficjalnym językiem, ale i tu reporter doszukuje się pewnych niedociągnięć. Ma wrażenie, że jego wspólnota popadła w stagnację – czeka na odpowiedź państwa, obwinia „Poloków” za to, że odebrali im możliwość kreowania swojej historii, przy czym nie próbuje realnie kultywować własnych tradycji. Twierdzi, że śląski nacjonalizm działa jedynie na ich własną niekorzyść, bo nie wiadomo już, kto może i kto chce identyfikować się jako Ślązak – ktoś, kto urodził się w tamtym regionie, kto ma śląskich przodków, kto mówi po śląsku? Autor przyznaje, że on i jego bliscy rozmawiają jedynie wariantem śląskiego połączonym z polskim; dodają końcówki, przeplatają wyrazy. Tak też brzmi opowieść Rokity. Pisze on językiem literackim, ale z naleciałościami – czasem śląskie słowo po prostu wtopi się w narrację, innym razem zostanie obdarowane zapisem fonetycznym, a najczęściej wystąpi po cudzysłowie lub myślniku.

Aglo realizuje to, co dobry reportaż realizować powinien – próbuje wpłynąć na dyskurs, przygląda się językowi, oddaje głos mniejszości. Dobrego reportażystę natomiast poznasz po jego empatii, pozwalającej mu na ukazywanie wielości perspektyw, które nie są ani dobre, ani złe – po prostu są. Rokita, pisząc o świecie tak mu bliskim, ulega subiektywnym ocenom. Robi to jednak niezwykle świadomie, dzięki czemu jego reportaż niczego nie traci, a wiele zyskuje. W końcu, kto lepiej opisze konkretny skrawek rzeczywistości, jeśli nie ktoś, kto jest jednocześnie jej aktywnym uczestnikiem i bacznym obserwatorem. Może właśnie takie szczere rozliczenie się z własną kulturą, historią, emocjami i poglądami to jedna z dróg, którymi polski reportaż pójść powinien (albo przejechać tramwajem).

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wordpress Social Share Plugin powered by Ultimatelysocial
Przewijanie do góry