Powołana przez prezydenta Karola Nawrockiego rada doradców do spraw nowej konstytucji nie napawa optymizmem. Z samej prezydenckiej strony kandydaci byli dosyć przewidywalni, jednak mogło być o wiele gorzej. Warto zauważyć, że w morzu mniej lub bardziej powiązanych z PiSem ekspertów powołano również byłego związanego z lewicą prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego, z PSL wiekowego Józefa Zycha oraz minister sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera Barbarę Piwnik. Niemniej te osoby zatracają się wobec tak prominentnych osobowości słynących z powszechnego autorytetu jak pani prezes TK Julia Przyłębska. Jednak nie osoby a treść powinny być istotą rozważań konstytucyjnych, które wydają się z mojej perspektywy pozbawione oceny pozytywnej.
Nie jest tak, żebym był przeciwnikiem nowej konstytucji. Wręcz przeciwnie! Obecny stan rzeczy jedynie zaognia obecną polaryzację oraz obchodzenie prawa, a czasem jego omijanie celem politycznej walki. Coraz częściej na modłę plemiennej tożsamości partyjnej łamanie prawa przez przeciwników uznaje się za asumpt do działania wzajemnego, a więc i równie bezprawnego. Pozostanie przy obecnym prawie uchodzi za frajerstwo, mimo że nie ma nic bardziej zasadnego i bezpiecznego w prawie jak trzymanie się tego co legalne. Polityka wymaga konsumpcji natychmiastowej.
Obecne prawo nie tworzy rozsądnych zasad, na które politycy chcą się powoływać (nawet ci, którzy zamiast wzywać do nowej konstytucji mówią o przestrzeganiu obecnej). Jednak czy to co będzie proponował prezydent Nawrocki jakkolwiek mogłoby rozwiązać konflikt?
I Porozumienie i koncyliacyjność
Oprócz pisowsko-trochę niezależnej części zaproponowanej przez prezydenta, w radzie konstytucyjnej zasiąść mają również reprezentanci wszystkich klubów i kół parlamentarnych. W tym miejscu pojawia się znaczący defekt, ponieważ Koalicja Obywatelska, Nowa Lewica, Polska 2050 oraz Centrum (rozłamowcy z PL2050) nie desygnują swoich reprezentantów do komisji. Ciężko mi ocenić ten ruch, ponieważ z jednej strony kompromis konstytucyjny między tymi dwoma przeciwnymi obozami wydaje się niemożliwy, a z drugiej strony brak tego kompromisu i jednostronność (prawicowość) wypracowanego projektu dyskwalifikuje go jako ogólnonarodowy.
Wydaje mi się oczywistym, że taki tok wydarzeń był do przewidzenia i ma stanowić jedynie zgrabne wytłumaczenie dla nieobecności strony rządowej (nie wiadomo co z PSL). W takim razie projekt konstytucji tworzony przez środowiska PiSu i Konfederacji będzie rzecz jasna pomijał jakąkolwiek koncyliacyjność i depolaryzację. Niestety, ale w dobie obecnego konfliktu i silnego charakteru prezydenta, prawica kieruje się w niebezpieczne dla państwa odmęty systemu prezydenckiego.
W dobie coraz większego upolitycznienia naszego życia, a w związku z tym narastaniem animozji między dwoma wielkimi plemionami najgorszym co można zrobić to stworzenie jednoosobowego urzędu z maksymalnie wielkimi kompetencjami. Atmosfera sporu zaogni się niesamowicie. Nic tak nie będzie elektryzowało jak zdobycie tego jednego stołka, od którego wszystko, bądź prawie wszystko będzie zależeć. Prosta droga do umocnienia systemu dwóch wielkich partii, które muszą się nawzajem kanibalizować.
W wyborach prezydenckich konflikt będzie jedynie narastał, a matematyka polityczna jasno pokieruje nas do cementowania się dwóch bloków, które z konfliktu politycznego przejdą na warstwę metapolityki – myślenia nie tylko o państwie, ale też radykalnie różniącym się sposobie życia, filozofii, systemu moralnego i każdej innej przestrzeni, która może zbudować wizerunek wroga w drugim człowieku, wynikający po prostu z różnic. Plemiona nie znoszą różnorodności, jednolitość do podstawa siły, która prowadzi nas do absolutnej wygranej lub absolutnej porażki.
Niestety takie są konsekwencje masowej demokratyzacji i chęcią bycia suwerenem przez “naród”. Nie mam nic przeciwko silniejszej egzekutywie względem parlamentu, jednak każdym możliwym systemie niebędącym monarchią, urzędy te będą z nominacji politycznej, a więc związane z emocjami ludu – tymi pozytywnymi jak i negatywnymi. W prezydenckiej wizji dużego pałacu nie ma za krzty miejsca na porozumienie i koncyliacyjność.
II Długoterminowość i użyteczność
I
dąc dalej, zważywszy na polityczność projektu ciężko nie zauważyć jego krótkoterminowości. Wątpię, żeby propozycje przyjęte przez radę zyskałyby jakąkolwiek sympatię z drugiej strony. Nawet jeśli projekt byłby ciekawy dla opcji niepisowskiej, to raczej zostałby odrzucany dla zasady…
Niemniej jak pisałem wcześniej zmiany w kierunku prezydenckim są niebezpieczne i skorelowane z krótkowzroczną perspektywą. Moment konstytucyjny, czyli chwila dosyć natchniona i podniosła, w której cały naród ma potrzebę zmian gruntownych w państwie, występuje jedynie po prawej stronie. Wszystkie zmiany, które zostaną zaproponowane będą wpasowane do potrzeb narracji politycznej, szczególnie że prace mają być zakończone przed kolejnymi wyborami prezydenckimi. Czyż nie doniośle i poważnie będzie wyglądał prezydent ubiegający się o reelekcje z nowym egzemplarzem konstytucji, który jest efektem prac prawie całej sceny politycznej (mniej więcej ½)?
Pytanie jest absurdalne, lecz oczywiście wydaje mi się twierdzące przynajmniej z perspektywy potencjalnego elektoratu prezydenta Nawrockiego. Niestety takie działanie może potencjalnie budować alienację stronników prezydenta od obecnego systemu prawnego. Nowa konstytucja i jej wartości nawet będące jedynie projektem mogą stanowić zarzewie do jeszcze większego braku szacunku do już obowiązującego prawa, ponieważ wykaże się definitywnie jego archaiczność, postkomunistyczność i bycie jedynie narzędziem w rękach centrolewicowych polityków. Obowiązujący system wartości utraci legitymację z racji stworzenia nowego, lepszego i bardziej odpowiadającego moralnym zapotrzebowaniom elektoratu.
Obecna konstytucja też powstawała w takich złych warunkach, ponieważ będąc mocno parlamentarno-gabinetowa była pisana wyraźnie przeciwko Solidarności i Lechowi Wałęsie. Konstytucja przeszła w referendum, jednak Solidarność politycznie rozpadła się pozostawiając nas z tym ciężkim do zgryzienia potworkiem. Mimo wszystko należy jej przestrzegać dopóki ma to na celu dobro Narodu i przestrzeganie praw moralnych, których legitymacja bierze się o wiele dalej niż jakiekolwiek głosowanie.
A czy tak będzie z nową konstytucją Nawrockiego, jeżeli zostałaby przyjęta? Nie wiem, ale przecież scena polityczna po tym może drastycznie się zmienić po 5 latach, albo może utrzymać dwie największe partie, których konflikt o ten jeden najważniejszy urząd jeszcze bardziej zdewastuje Polskę? Jest to wielce prawdopodobne. Mało kto przecież w 1997 r. przewidywał, że SLD za 10 lat z 30-40% poparcia zejdzie do 5-7%, a polityczna reprezentacja Solidarności po prostu wymrze.
III Moment konstytucyjny
Nie jest tak do końca jak stwierdziłem, że moment konstytucyjny występuje jedynie po prawej stronie. Rzeczywiście patrząc na to jako szereg zjawisk mających przeobrazić ustrój to widzimy już obecnie takie zmiany, jednak dokonywane in fraudem lege oraz w duchu tworzenia nowych, prawu nieznanych kompetencji urzędów po obu stronach konfliktu. Prawica dostrzega potrzebę zmian, jednak chcą dokonywać tego maczetą niźli piórem, a antyprawica najwyraźniej dla zasady będzie trwała przy obecnym stanie rzeczy.
Prezydent słusznie twierdzi, że obecny chaos konstytucyjny niszczy rodziny, praworządność oraz wspólnotę. Konflikt poszedł za daleko, to fakt. Jednak jak typowany na lidera jednej ze stron tego sporu ma dokonać pojednania? Jest to absurdalne tym bardziej, że proponowane zmiany będą służyły jedynie stronie prezydenckiej.
Moment już trwa i doświadczamy tego już od ponad dekady, gdzie ustawami upolitycznia się organ konstytucyjny jakim jest KRS, a rząd Donalda Tuska w nieznanym trybie działa na podstawie uchwał Sejmu. Zmiany mogą nadejść, lecz jedynie w przypadku całkowitej erozji obecnej sceny politycznej. Zmiany, nie zagarnięcie konstytucji dla siebie i czerpanie z tego politycznych zysków. Do tego trzeba przynajmniej dojrzałości i umiejętności stworzenia środowiska prawno-politycznego, które będzie służyło rzeczywiście do gry różnych podmiotów, a nie budowy orbanowskiego Budapesztu nad Wisłą. Rzeczywiście po 2010 r. Fidesz przyczynił się do momentu konstytucyjnego. Stworzyli nowe Węgry naprzeciw postkomunie skompromitowanej aferą podsłuchową, jednak teraz po 16 latach to opozycja ma większość konstytucyjną i będzie budowała “nowsze” Węgry.
W takim razie czy moment konstytucyjny Fideszu był zasadny? Obawiam się, że szacunek drugiej strony do konstytucji obozu Nawrockiego byłby taki sam jak na Węgrzech i długo by nie wytrzymała, a niestety potrzebujemy reform. Jednak muszą być one zasadzone w czymś głębszym niż polityczny partykularyzm. Jestem świadomy, że łatwo można mówić o koncyliacyjności, umiarkowaniu oraz porozumieniu, jednak o czym innym mówić chcąc zdrowego porządku?
Nie twierdzę, że da się obecnie całkowicie odpolitycznić nasze życie, niestety jesteśmy umoczeni w byciu suwerenem jeszcze na długo, jednak da się stworzyć warunki do uczciwej gry równorzędnych podmiotów politycznych. Z całą pewnością nie z tą klasą polityczną i mam nadzieję, że nie w systemie prezydenckim, który z deszczu poprowadzi nas pod rynnę ścieku politycznego chlewu, w którym o wiele łatwiej będzie przeoczyć kroczący zamordyzm jednoosobowego, potencjalnie uśmiechniętego gagatka w pałacu na krakowskim przedmieściu.




