Szanowny Panie Postmodernizmie,
piszę do Ciebie ten list w gorący lipcowy wieczór, po wielu latach od naszego pierwszego spotkania. Na wstępie zaznaczam, że wyjątkowo nie będzie to nic miłosnego. Nie chciałbym zostać również Twoim sędzią, gdyż sędziowie idei bardzo często okazują się więźniami własnych ciasnych epok. Moim zamiarem nie jest także stawianie siebie w roli Twojego wroga, gdyż prawdziwy wróg nigdy nie docenia przeciwnika. Zwracam się więc do Ciebie jako człowiek o imieniu Mateusz, który patrzył w Twoim kierunku z nadzieją, później z zaciekawieniem, a dzisiaj z rosnącym smutkiem, niepokojem i żalem.
Jesteś jednym z tych gości historii, którzy wchodzą w progi naszych umysłów pod płaszczykiem pełnego wyzwolenia oraz dobrobytu. Wizytatorzy Twojego pokroju, odchodząc z gospody, zabierają jednak ze sobą meble, okna, dach, rodzinne pamiątki i ulubione filiżanki do kawy. Zostawiasz człowiekowi ubogą wolność, którą musi cieszyć się pod gołym niebem, w deszczu i śniegu.
Nie przyszedłeś jako barbarzyńca. Nie wtargnąłeś w nasze serca ogniem i mieczem. Wkradłeś się w nie uśmiechem sceptyka, czułym poklepaniem po ramieniu i zapachem porządnego perfum. Chciałeś nas przecież uchronić przed kolejnymi koszmarami dogmatyzmu i nowymi totalitaryzmami, które z taką łatwością pisały swoje krwawe scenariusze w imię jedynie i miłościwie nam panującej prawdy. Twój kpiący grymas twarzy miał być tarczą chroniącą jednostkę przed walcem historii. Szepnąłeś nam mimochodem, że w życiu nie ma się czego obawiać, bo wszystkie nasze twierdze to tylko i wyłącznie nasze więzienia.
W Twojej kosmologii rzeczywistości autorytet jest uzurpatorem i ciemiężcą, a najbardziej wartościowa tradycja staje się jedynie prymitywną opowiastką dla głupich oraz niedołężnych bezzębniaków. W końcu sam stwierdziłeś, że wypracowane drogą społecznej ewolucji najświętsze prawdy o życiu, są przemocą ubraną w szaty rozumu. Jak uwodzicielsko to wtedy brzmiało… Dałeś kochać się od pierwszego wejrzenia! Zmęczony dwudziestym wiekiem homo sapiens z naiwnością dziecka spijał pianę z Twoich szczodrych, złotych ust. Po Auschwitz nie dało się już mówić o triumfie rozumu. Po Archipelagu Gułag ciężko było kochać monumentalne ideologie. Po Hiroszimie nie pozwoliliśmy sobie więcej wierzyć, że nauka wiedzie ludzkość ku lepszemu..
Gdy runęły z hukiem te wielkie pomniki „tamtego świata”, zabrałeś się za rozbieranie ich fundamentów. Dlaczego jednak nie zaproponowałeś odbudowy, lecz pochwaliłeś stan ruiny? To Twój syn Jean-François Lyotard ogłosił kryzys wielkich narracji, a Ty uczyniłeś z tej diagnozy program epoki. Pociąłeś nasze wspólne mapy, drogowskazy i kompasy. Owszem, niektóre z nich bez cienia wątpliwości nadawały się na śmietnik historii. Lecz dlaczego zadziałałeś jak chemioterapia w organizmie człowieka chorego na raka? Zabiłeś również te dobre krwinki i komórki, których mitochondria opowiadały nam o postępie, zbawieniu i oświeceniu. Roztarłeś je w drobny mak i rozrzuciłeś na wietrze nowego (i podobno lepszego) świata.
Po co kazałeś nam błądzić z kieszonkowymi, prywatnymi szkicami rzeczywistości? Powiedziałeś, że nie warto wznosić domów, bo człowiek winien zamieszkać w nieustannej podróży. Nie zauważyłeś jednego: pielgrzym różni się od włóczęgi tym, że zna cel swojej wędrówki. Aby uzasadnić tę bezcelowość, dokonałeś czegoś niezwykle subtelnego. Twój brat Jacques Derrida, nazwał ten zabieg dekonstrukcją. Nie zacząłeś burzyć naszych pojęciowych i zakurzonych gmachów taranem. Zamiast pomóc je odkurzyć, delikatnie wysuwałeś pojedyncze cegły z jego chwiejnch fundamentów takich opozycji jak dobro i zło, prawda i fałsz, męskość i kobiecość, wolność i niewola. Przekonałeś nas, że te drogowskazy to jedynie opresyjne konstrukty językowe. Kiedy budowla zaczęła się chwiać, Ty ogłosiłeś kolejny triumf.
Zabrałeś nam nawet prawo do posiadania własnego głosu. Ale znowuż nie wprost. Nie jest to przecież w Twoim stylu. Twój kuzyn Roland Barthes, ogłaszając „śmierć autora”, odebrał twórcy „panowanie” nad sensem jego własnego dzieła. Napisałeś testament w naszym własnym imieniu, twierdząc uparcie, że to, co piszemy i myślimy, nie należy już do nas, lecz rozpływa się w nieskończonej interpretacji czytelnika, słuchacza czy obserwatora.
Lubisz pić kawę? Bo ja szczerze uwielbiam! Musi być czarna, gorzka i mocna. By poczuć jej najpełniejszy smak, dolewam do niej tak mało wody, jak tylko się da. To mój intymny i codzienny rytuał. Przyjmij więc radę od kawosza-amatora: rozwodniona lura nie pobudzi ani jednego z Twoich płynnych kubków smakowych. Daję Ci słowo honoru. Honor to podobno przestarzały anachronizm. Sprawdź w słowniku, chociaż wiem, że boisz się go jak wampir czosnku.
Jesteś najznamienitszym mędrcem na ziemi. Pamiętasz może starą legendę o cyniku Diogenesie? Kiedy Aleksander Wielki zapytał filozofa, czego potrzebuje od najpotężniejszego człowieka ówczesnego świata, ten odpowiedział; ”Odsuń się, bo przysłaniasz mi słońce”. Jak często przywołuje się dzisiaj tę historię jako hymn wolności, tak rzadko dostrzegając jej głębszy i prawdziwy sens. Diogenes nie gardził światem dlatego, że wszystko było względne. Mógł zakpić z króla Aleksandra tylko i wyłącznie dlatego, że wierzył w istnienie czegoś większego i trwalszego od doczesnej, przemijalnej oraz silnej fizycznie władzy. Ty natomiast nauczyłeś nas odrzucać wszystko, nie pozostawiając niczego, wobec czego warto byłoby uklęknąć. Odtąd nasza wolność zaczęła oznaczać nie tyle możliwość wyboru czegoś wartościowego, ile niemożność dokonania jakiegokolwiek wyboru.
Szczególnie doskwiera nam Twoja „lekcja wolności”, gdy zastanawiamy się nad dobrem wspólnym. Przecież w świecie, który stworzyłeś, nie ma już prawdziwego słońca. Żyjemy niestety, jak napisał twój szwagier Jean Baudrillard, w rzeczywistości symulakrów, czyli kopii pozbawionych oryginałów. Zamieniłeś prawdę w niekończący się gabinet krzywych luster, w którym odbija się jedynie nasz własny narcyzm, samozadowolenie i poczucie nieomylności. To Ty wepchnąłeś nas do naszych własnych baniek, utrudniających codzienne poszukiwanie prawdy i rozsądnego sensu.
Ta bezcelowa wędrówka obnaża Twój grzech pierworodny. Odrzuciłeś mądrą, powolną i selektywną ewolucję na rzecz bezwzględnej rewolucji, a zwłaszcza tej pojęciowej. Ewolucja uczyła nas szacunku do czasu i do pokoleń, które mozolnie, cegła po cegle, wznosiły gmach naszej cywilizacji. Ty wolałeś dynamit.
Postanowiłeś spalić ruiny świata do gołej ziemi, uznając jego strukturę za z natury wadliwą i opresyjną. Gdy jednak ogień strawił ostatnie podpory, a dym opadł, zostawiłeś nas na zgliszczach z pustymi rękami. Nie zaproponowałeś niczego trwałego w zamian, a tym bardziej nie wykazałeś, że ta nowa pustka ma większy sens od dawnego (nie) ładu. Twoja rewolucja nie miała na celu budowania lepszego jutra. Coraz częściej przypominała kaprys znudzonego intelektualisty, który niszczy zabawkę tylko dlatego, że potrafił to zrobić. Przyczyniłeś się do pozbawienia nas naszych naturalnych instynktów obronnych, które rozwijaliśmy od chwili, gdy zeszliśmy z drzew jako małpy. Dzisiaj wielu ludzi doświadcza głębokiego kryzysu sensu, samotności i zagubienia. Nie twierdzę, że jesteś jedyną przyczyną tych zjawisk, lecz nie trudno jest dostrzec fakt, że odegrałeś w nich swoją rolę, Drogi Postmodernizmie.
W tym spalonym do cna świecie, współczesny człowiek został zamknięty w ciasnej klatce teraźniejszości, która w ułamku sekundy zamienia się w przeszłość. Odcięty od uniwersalnych idei piękna, dobra i sprawiedliwości, utracił również namacalny kontakt z fizyczną rzeczywistością. Prawdziwe obcowanie z materią i trud rzemiosła, zastąpiliśmy sterylnym ślizganiem się po gładkich ekranach, na których piksele, loga, motywy i emotki, udają twardy grunt pod nogami. Utrata realności zrodziła kulturę samotności, w której jedynym punktem odniesienia stało się zalęknione „ja”.
Najboleśniej oberwał od Ciebie nasz język. Nie słowa same w sobie. Logos.
Starzy Grecy wierzyli, że świat jest możliwy do poznania, ponieważ można go uporządkować, nazwać i opisać. Logos oznaczał równocześnie rozum, słowo, sens oraz zasadę istnienia. Nie przez przypadek Jan Ewangelista rozpoczyna swoje dzieło od zdania, które dla całej naszej cywilizacji było czymś większym niż zwykłe wyznanie wiary: „Na początku było Słowo, a Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”.
Nie hałas. Nie szum. Nie sama emocja. Nie dowolna narracja. Po prostu słowo.
To ono pozwoliło nam „ogarnąć” ten bajzel. Nauczyło nas rozmawiać. Pokazało, że istnieje coś poza nami, czyli rzeczywistość do której można się wspólnie zbliżać poprzez poszukiwanie prawdy.
Dlaczego więc skłoniłeś człowieka do refleksji, według której język nie odkrywa rzeczywistości, lecz ją tworzy? Czemu przekonałeś nas, że słowa nie są oknami wychodzącymi na świat, ale narzędziami jego skonstruowana? Czy zdajesz sobie sprawę, jak brzemienna w skutkach była ta zamiana ról?
Oczywiście, miałeś swoich poprzedników. Twój tatuś Ferdinand de Saussure zasugerował, że relacja między znakiem a znaczeniem nie jest czymś całkowicie naturalnym, lecz w dużej mierze wynika z umowy społecznej. Twój bratanek Michel Foucault analizował natomiast, jak język, wiedza i instytucje mogą splatać się z mechanizmami władzy. Ich pytania były ważne i często niezwykle trafne.
Problem pojawił się jednak wtedy, gdy z ostrożnej refleksji nad językiem uczyniono radykalny wniosek mówiący ludziom, że skoro język uczestniczy w tworzeniu naszego obrazu świata, to być może nie istnieje już żaden świat niezależny od naszych interpretacji…
A przecież samo tworzenie opisu nie jest tym samym, co kreacja rzeczywistości.
Skoro język nie opisuje świata, w którym żyjemy, śmiejemy się, płaczemy i umieramy, lecz jedynie go konstruuje, to każdy argument może zostać sprowadzony do narzędzia dominacji silniejszego nad słabszym. „Konstruować” oznacza przecież tworzyć projekt czegoś, ustalając układ zależności pomiędzy jego elementami.
Dlaczego więc przyznałeś człowiekowi niemal boskie prawo do naginania samej rzeczywistości?
Czy jeśli powiem, że cztery razy cztery równa się osiem, stworzyłem coś nowego i trwałego? Czy może po prostu popełniłem błąd, który zostanie zauważony przez każdą rozumną istotę?
Tworzysz więc świat, w którym rozum przestał być oazą na pustyni życia- miejscem, w którym ludzie mogą się spotkać i wspólnie szukać odpowiedzi. Logika straciła pierwszeństwo na rzecz ekspresji.
Od chwili, gdy wypowiedziałeś swoje najważniejsze hasła, nie trzeba już było mieć racji. Wystarczyło posiadać własne doświadczenie. Dowodzenie prawdy zeszło na dalszy plan, zastąpione przez dobrze brzmiącą narrację. Po co przekonywać argumentami, skoro można wzruszyć do łez albo doprowadzić do czerwoności?
Tak rozpoczęła się Twoja cicha rewolta, która trwa (i ma się całkiem dobrze) po dziś dzień.
Nie była to rewolucja uliczna. Nie miała flag ani głośnych manifestów. Była rewolucją językową.
Zmieniłeś znaczenie słów i sposób prowadzenia sporów.To dlatego dzisiejsza „rozmowa”, coraz częściej przypomina zabawę ludzi kompletnie pijanych. Nie wygrywa ten, kto najlepiej rozumie, lecz ten, kto potrafi silniej poruszyć zbiorową wyobraźnię. Liczba wyświetleń zastąpiła siłę argumentów. Oburzenie stało się walutą, a wzruszenie zaczęło pełnić funkcję niezbitego dowodu.
Mówimy coraz więcej i szybciej. Nigdy wcześniej nie dysponowaliśmy tak wielką ilością znaków, obrazów i gestów, a jednak coraz trudniej jest nam się porozumieć.
Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?
Przypomina mi się wieża Babel. Nie dlatego, że ludzie mówili wtedy różnymi językami. Problem polegał na czymś głębszym. Mianowicie utracili oni umiejętność „dogadywania”.
Kiedy mówią „wolność”, każdy często ma na myśli coś innego.
Kiedy mówią „miłość”, opisują niekiedy jedynie intensywność własnych chwilowych i chwiejnych emocji. Kiedy mówią „tolerancja”, utożsamiają ją czasem z obowiązkiem bezwarunkowej akceptacji.
Krzyczą: „moja prawda!”, zapominając, że bez jakiegokolwiek kryterium prawdy i fałszu, samo słowo „prawda” traci swoje znaczenie!
To nie jest klasyczne pomieszanie języków. To odwrócenie całej naszej przestrzeni wspólnego myślenia do góry nogami. To wywołane przez Ciebie gigantyczne zamieszanie i rozbicie wspólnotowego mianownika, w naturalny sposób wprowadziło do naszego świata chaos, który szybko przybrał również postać politycznego i społecznego populizmu. Nie twierdzę, że to Ty stworzyłeś populizm. Był on obecny w historii na długo przed Twoim nadejściem. Twierdzę jednak, że w świecie, w którym osłabło przekonanie o istnieniu wspólnych kryteriów prawdy, łatwiej jest manipulować ludzkimi emocjami.
Dzisiejszy populista stał się profesjonalnym krawcem w Twoim salonie mody. Szyje dla mas stroje z czystej iluzji, doskonale wiedząc, że w świecie pozbawionym obiektywnych miar, coraz trudniej zauważyć, że „król jest nagi!”. Populista nie potrzebuje już wyłącznie argumentu ani rzetelnej wiedzy. Wystarczy mu głośna, chwytliwa retoryka, która zarządza zbiorowymi emocjami. Tak jak wspomniałem, w świecie gdzie każda opowieść może pretendować do miana prawdy, rzeczywistość coraz częściej przegrywa z atrakcyjnością przekazu.
Zostawiłeś nas bardziej bezbronnymi wobec tej manipulacji, odbierając wielu ludziom przekonanie, że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszych opinii i że nie każdą deklarację można bezkarnie nazwać prawdą. Niejaki Sokrates chadzał ulicami Aten, udając człowieka pozbawionego wiedzy. Nie robił tego jednak z pogardy dla mądrości. Była to przekora, którą tak bardzo sobie cenisz. Ów filozof wiedział jednak, że do prawdy można dojść tylko wtedy, gdy najpierw uzna się własną niewiedzę.
Twoje dzieci i wnuki powtarzają dziś jego słowa, nadając im nierzadko zupełnie inne znaczenie.
Sokrates mówił: „nie wiem”, ponieważ wierzył, że prawda istnieje i dlatego należy jej szukać.
Współczesny człowiek, idąc czasem śladem Twoich idei, może dojść do przekonania: „nie ma jednej prawdy” i uczynić z tego usprawiedliwienie dla rezygnacji z jej poszukiwania. Jakże ogromna to różnica, mój Przyjacielu. Pierwsza postawa rodzi filozofię. Druga może rodzić obojętność.
Człowiek świadomy własnych ograniczeń nie obawia się błędu. Wie, że pomyłka może stać się początkiem poznania. Obawia się natomiast świata, który przestał wierzyć w cokolwiek pewniejszego od czubka własnego nosa. Tylko ten, kto uznaje istnienie prawdy wykraczającej poza jego własne przekonania, może przyznać: „pomyliłem się”. Tam, gdzie każde słowo ma wyłącznie taką samą, kreacyjną wartość, zanika różnica między mądrością a głupotą. Pozostaje jedynie ślepota.
I tak oto domykamy ten mój malutki nocny, Mój stary Postmodernistyczny Druchu. Wszyscy już śpią, a ja patrząc na cały ten zgiełk, dochodzę do wniosku, że daliśmy się ubrać w niezwykle wyrafinowany i kosztowny mundur Twojej ideologii, uszyty z czystej, nieskrępowanej ironii. Chodzimy w tym lekkim, przezroczystym fraku dumni oraz wolni od ucisku dawnych form. Ignorujemy przy tym starannie fakt, że ten genialny postmodernistyczny materiał, nie chroni przed Nas już przed chłodem życiowych nocy…
Nie możemy jednak pozostać na tych zgliszczach na zawsze, celebrując wolność, która polega wyłącznie na tym, że nie mamy już nic do stracenia. Bogatsi o Twoją bolesną lekcję, musimy wreszcie podnieść wzrok znad rozbitych luster. Może czas na nową, skromniejszą rekonstrukcję?
Czas na powrót do prostych słów i podjęcie trudu odbudowy wspólnego domu, który tym razem będzie mniejszy, pozbawiony dawnej pychy, ale za to na tyle solidny, by można było w nim bezpiecznie i wspólnie zamieszkać. Zamontowałbym w nim również wiele okien, abyśmy mogli patrzeć z niego na świat i podziwiać go takim, jakim jest naprawdę. Co o tym myślisz, Drogi Postmodernizmie? Czekam na Twoją odpowiedź.
Z wyrazami szacunku
Twój Mateusz





